Slalomem po Ukrainie

Wbrew tytułowi nie był to wyjazd na narty, chociaż mimo dodatnich temperatur śnieg spotkaliśmy w dużych ilościach. Jazda slalomem dotyczyła ukraińskich dróg, o których nieco później, gdyż jest to temat wart poruszenia. Zacznijmy jednak od początku.

W pewien słoneczny piątek…

Pniewy/Poznań – Jarosław - Kamieniec Podolski
Wypchany do granic możliwości szkolny Srebrny Szerszeń wyruszył w swą mozolną drogę w poszukiwaniu nowych adeptów sztuki hotelarskiej. Skład ekipy widać na tym zdjęciu.

Przejazd przez Polskę do Jarosławia nie wymaga zanadto komentarza. Ciepłe słoneczko tak ululało towarzystwo, że gdyby nie przerwa na obiad to spaliby cały czas. Nawet siostra Anna została zmorzona przez Morfeusza i kierowca został zostawiony sam sobie. Wysoce kulturalne dialogi prowadzone z Marzenką z GPS-a pozwalały utrzymywać wysoką formę aż do Jarosławia. Nocować mieliśmy w byłym opactwie benedyktynów, a gościliśmy w skromnych apartamentach Sióstr Urszulanek. Pierwsze co rzuciło się w oczy po przyjeździe to stos wszelakich instrumentów muzycznych zagradzających wejście i tarasujących wraz z bagażami przejście. Okazało się, że akurat odbywają się warsztaty orkiestry kameralnej wraz z chórem w pełnym składzie. Warsztaty były bardzo twórcze i z pewnością udane, a after party po warsztatach zakończyło się wielkim sukcesem towarzyskim. Obaj z Dimą wiemy o tym doskonale, bowiem centrum logistyczne i organizacyjne było dokładnie naprzeciwko naszego pokoju. Impreza trwała w najlepsze, aż tu nagle około 2 nad ranem przyszedł dyrygent, wyłączył voice i posłał chórzystów i muzyków spać. Im to chyba nie przeszkadzało, że my wstaliśmy skoro świt około 8 rano i wcale nie chodziliśmy na paluszkach… Szybkie śniadanie, tankowanie ON i wizyta w kantorze zakończyły nasz pobyt na polskiej części Podlasia. Granica wywarła na mnie bardzo pozytywne wrażenie rozbabranego placu budowy autostrady. Polska Straż Graniczna i celnicy są już po intensywnych treningach kondycyjnych przed EURO i wcale sprawnie wpuszczają do Ukrainy. Ukraińcy próbują dogonić nas nietypowym składem i wystawiają ciekawe osobowości – celnik nas obsługujący nazywał się Orest Oszust (!). Ale w zasadzie trwało to wszystko 5 minut i już pędziliśmy w granicach dopuszczalnych prędkości po ukraińskich drogach. Szybko okazało się, że przygotowania do EURO idą u nich bardzo dobrze i ze względu na wysoką gładkość asfaltu zestaw 2+1 (Agata, Julia i Dimka) znowu zapadli w sen. Siostra Anna dzielnie dotrzymywała mi towarzystwa. Taka idylla trwała jedynie do ostatnich metrów obwodnicy Lwowa. Wyszło na to, że zasięg oddziaływania EURO kończy się od razu po zjeździe na drogę do Tarnopola. Bolesne zetknięcie z dziurawą rzeczywistością ukraińskiej drogi głównej krajowej postawił na nogi wszystkich.

Ponieważ właściwie do Kamieńca niewiele już się działo, chciałbym w tym miejscu rozwinąć nieco temat czegoś, co kiedyś nosiło dumną nazwę ukraińskich dróg. Ich pierwszą zaletą jest to, że SĄ, a drugą, że są bardzo szerokie. Pierwsza zaleta pozwala poruszać się niezbyt szybko w kierunku podpowiadanym przez Marzenkę (na ukraińskie drogowskazy nie ma za bardzo co liczyć, o czym później), druga powoduje, że jest możliwość omijania nawet pięćdziesięciocentymetrowych zagłębień w asfalcie poruszając się techniką slalomową – od pobocza do pobocza. Znaki drogowe ustawione są bardzo oszczędnie (np. znak informujący o nierównej drodze na długości 46 km), prawie nie ma ograniczeń prędkości, co jest zrozumiałe ze względu na asfalt dziurawy jak durszlak. Zauważyłem pewną prawidłowość – mianowicie ilość nierówności gwałtownie wzrasta w terenie zabudowanym, a szczególnie dotyczy to ruchliwych skrzyżowań w małych miasteczkach, a we wioskach - przed sklepami. Każdy wie, że są to najniebezpieczniejsze miejsca, a w przypadku Ukrainy ilość kolizji z powodu dużej prędkości jest niewielka. Na niektórych drogach asfalt po prostu wyparował. Są podejrzenia, że został na zimę zwinięty i zapomnieli go ponownie położyć. Dla nas oznaczało to wstrząsające przeżycia, a dla Srebrnego Szerszenia wzmożoną pracę amortyzatorów. Były takie miejsca, gdzie dziur było więcej niż asfaltu, a ciągnęło się to przez dobrych kilka kilometrów.

Ale starczy już o infrastrukturze, chociaż jeszcze pewnie do niej wrócę. Było też kilka innych ciekawych epizodów w trakcie slalomowania po drogach, które wywarły niezapomniane wrażenie na podróżnikach. Na przykład wizyta w bezpłatnej przydrożnej toalecie (tzw. pozycja narciarska) czy piknik obiadowy w nieczynnej jeszcze szaszłykarni, pod palącym 20 stopniami słońcem, ale w asyście 1,5 metrowej zaspy śniegu. Taka ukraińska różnorodność.

Tuż przed zmrokiem dotarliśmy bezpiecznie do Kamieńca i do Sióstr Urszulanek na ul. Kuznieczną (czytaj Kuźniczą). Rodzice zabrali ze sobą Dimę i Julkę, a resztka grupy po krótkim odpoczynku i długiej kolacji wyruszyła zapoznać się z wieczornym Kamieńcem. Był to pierwszy taki ciepły wieczór w mieście od dawna (czyli od jesieni), więc ruch na ulicach był spory. Obejrzeliśmy z daleka pięknie oświetloną twierdzę kamieniecką, solennie obiecując sobie wrócić tam za dnia oraz równie interesująco się prezentujące zabudowania zlokalizowane na terenie Rynku Polskiego, czyli najstarszej części Kamieńca Podolskiego.

Kamieniec – Bar – Kamieniec
Zwykła, wiosenna, słoneczna, dla nas pracowita, niedziela. Korzystając z tego, że msza po polsku zaplanowana jest na 11.30, wyruszamy zwiedzać Kamieniec za mostem. To druga możliwość przedostania się do starego miasta. Most pomiędzy twierdzą a miastem otwierany jest od 17 do 22. Niektórzy wyposażeni w specjalne upoważnienia (wydawane przez miejski magistrat lub przez Narodowy Bank Ukrainy o wartości co najmniej 20 hrywien) mogą wjeżdżać poza tymi godzinami.

Ten drugi most znajduje się prawie 40 metrów ponad rzeczką Smotrycz. Według legendy o założeniu miasta, na brzegu wąwozu ukazał się księciu biały jeleń, a książę zachwycony miejscem postanowił założyć na skale otoczonej rzeką miasto. Teraz przy pomniku jelenia wysiadują współczesne „jelenie”.

 

Most dodatkowo obciążany jest przez młode pary, które jadąc z kościoła/cerkwi/urzędu obowiązkowo zatrzymują się na moście i pieczołowicie mocują do jego balustrady kłódki na znak wiecznej miłości. Jedyny klucz wyrzucają do rzeki. Podobno chcąc uzyskać rozwód trzeba pokazać otwartą kłódkę z mostu.

Na wysokiej skarpie przy moście znajduje się cerkiew prawosławna. Chcieliśmy zerknąć, jak wygląda takie nabożeństwo, ale w środku było tyle ludzi, że oprócz dymu z kadzideł niewiele było widać. Wracając do katedry nie mogłem nie zrobić zdjęcia z dziedziny hotelarskiego marketingu – nowoczesny, otwarty w grudniu 2011 r. hotel, którego właściciel sam sobie nadał 4 gwiazdki ma sąsiada. Nie wiem, czy jako gość tego hotelu chciałbym mieć taki widok za oknem.

Do katedry przyszliśmy grubo przed czasem, czyli aż 15 minut. Ale okazało się, że godziny rozpoczęcia mszy są tylko umowne, bo „załapaliśmy” się jeszcze na różaniec, który się nieco przeciągnął. Podobno tak jest zawsze, ponieważ na mszę przyjeżdżają ludzie z okolic, nawet po 50 km, i gdyby msza skończyła się po 45 minutach, jak to niekiedy Polsce bywa, to byliby strasznie rozczarowani, że tak krótko trwała. Za to trochę nas zdziwiła frekwencja. Było dużo ludzi, w tym sporo osób młodych i małych dzieci. A przy okazji jeszcze odbył się chrzest. Po mszy rozłożyliśmy naszą aparaturę agitacyjną w salce w domu biskupa. Na tą pierwszą prezentację przyszły wraz z rodzicami dziewczyny, które wysłały już swoje zgłoszenia do szkoły. Ze zdjęcia wynika, że to chyba jednak obecni uczniowie mieli większą tremę niż kandydaci na uczniów.

 

Po obiedzie, bez żadnych aluzji, pojechaliśmy do Baru (właśnie tak, z dużej litery). Mieliśmy najlepszego z możliwych przewodników – barczankę, siostrę Helenę. Mimo wyraźnego pogorszenia jakości asfaltu na lokalnych drogach, podróż upłynęła bardzo szybko, bo strasznie dużo gadaliśmy. Piękny, biały kościół w Barze widać już z daleka. Znajduje się on tuż obok miejsca, gdzie kiedyś znajdował się zamek królowej Bony, a w którym ogłoszone zostało powstanie przeciwko Rosji, nazwane potem konfederacją barską. Niestety, czas i ludzie zrobili swoje i po zamku pozostało tylko niewysokie wzgórze i kilka kamieni.

Krótka wizyta w klasztorze Sióstr Benedyktynek, gdzie zapoznaliśmy się z historią klasztoru i katolicyzmu w regionie barskim. A potem szybko do plebani księdza Romana, gdzie już na nas czekali kolejni zainteresowani nauką w ZSPSU SJK w Pniewach. Tym razem było 5 kandydatów wraz z rodzicami, ale tutaj niestety, znajomość języka polskiego była już dużo gorsza niż w Kamieńcu – prezentację starałem się nadążyć przetłumaczyć na język rosyjski. Za to siostra Helena wzbogaciła naszą prezentację dodatkową porcją zdań dodawanych do oficjalnej wypowiedzi siostry Anny w stosunku 3:1 – na jedno zdanie siostry Anny siostra Helena opisowo tłumaczyła na ukraiński trzy. Ale za to już po spotkaniu miejscowi podkreślali, że nikt nigdy do nich z taką propozycją nie przyjeżdżał i że warto dlatego odświeżyć znajomość języka swoich ojców i dziadków. Droga powrotna nieznośnie się dłużyła, ponieważ siostra Helena została u swojej rodziny, a oprócz tego jazda nocą po ukraińskich drogach wymaga dużo więcej czasu niż za dnia. Późno wieczorem wróciliśmy do Kamieńca, ale bardzo przyjemnie było potem posiedzieć jeszcze z kubkiem gorącej herbaty w pięknie wyremontowanej sali jadalnej.

Kamieniec – Gródek – Chocim – Kamieniec
Dzisiaj w planach jest zdobywanie dwóch twierdz – kamienieckiej i chocimskiej. Najpierw zaczynamy oblężenie tej bliższej. W twierdzy można chodzić wszędzie, chociaż w Polsce niektóre z elementów trasy turystycznej żaden BHP-owiec nie zatwierdziłby do użytku. Zabudowania twierdzy robią ogromne wrażenie. Jest potężna i nic dziwnego, że tak trudno było ją zdobywać. Zresztą sama przyroda pomogła jej budowniczym, którzy wykorzystali naturalny skalny cypel utworzony przez rzekę Smotrycz. Okazało się, że wredni Turkowie wysadzili te grube mury i tak zdobyli miasto. W obronie murów bardzo zasłużył się niejaki pułkownik, znany ukraiński bohater, pułkownik (ale już nie podali jakich wojsk) Wołodyjowski. Z baszt rozciąga się przepiękny widok na stare miasto oraz najbliższą okolicę.

W twierdzy można zobaczyć wystawę pokazującą historię Kamieńca od końca XIX w. do czasów współczesnych. Chętni mogą również spróbować, jakie były warunki w więzieniu w połowie XIX w. Niestety, żadnych gwiazdek ten apartament nie mógł mieć nadanych.

Od razu po powrocie z twierdzy wyjeżdżamy do Gródka, gdzie oczekują na nas w polskiej szkole. Z powodu braku drogowskazów musimy nieco nadłożyć drogi i z tego powodu trochę się spóźniamy. W klasie oczekuje na nas sporo młodzieży, a całością procesu nauczania zawiaduje pani dyrektor Zofia Rogowska. W szkole językiem nauczania jest język polski, a ukraiński jest językiem dodatkowym, choć obowiązkowym. Szkoła została wybudowana za fundusze przekazane z Polski i niedawno obchodziła 10 lecie swojego istnienia. Jeszcze wspólne zdjęcie na głównych schodach i wracamy do Kamieńca. Po południu, razem z siostrą przełożoną Teresą jedziemy do niedalekiego Chocimia.

Ponieważ to nie sezon to twierdzę dla turystów chcieli zamknąć nieco szybciej, ale po dłuższych namowach udało się nam wejść do środka. Sama budowla jest nieco zaniedbana i trwają tam prace restauracyjne. Z murów rozpościera się przepiękna panorama na niezwykle szeroki Dniestr. Twierdza miała za zadanie strzec brodu przez tę rzekę. Niestety, okolica twierdzy została dotknięta szkodliwym działaniem miejscowych piromanów, którzy podpalili wyschłą trawę. Całe jej otoczenie było czarne i wyglądało bardzo przygnębiająco.

Tak pięknie rozpoczęty dzień zakończyliśmy wizytą w miejscowym markecie. Chociaż napisy po ukraińsku to z łatwością można było rozpoznać większość wystawionych towarów. Globalizacja dotarła również i tu.

Kamieniec – Lwów
I to już ostatni nasz dzień w Kamieńcu. Rano wizyta w Szkole nr 13, gdzie uczyli się Dima i Julia i najważniejszy punkt naszego wyjazdu – test znajomości języka polskiego u kandydatów. Najpierw jednak prezentacja dla uczniów starszych klas i ich rodziców. Ulotki informacyjne idą jak woda.

Do testu podchodzą oficjalni kandydaci, ale swoich sił próbują również inni uczniowie ze starszych klas z wiodącym językiem polskim. To chyba jeden z niewielu testów, gdzie nikt nie ściąga.

 

Jeszcze krótka wycieczka po szkole z wizytami w najmłodszych klasach. Strasznie stremowane dzieci zaśpiewały nam piosenkę o żabce oraz nomen-omen, piosenkę o Lwowie. Po obiedzie pożegnania z naszymi gospodarzami oraz rodzicami i wyruszamy do Lwowa. Droga długa, a czas jej trwania skutecznie wydłuża fatalna jakość nawierzchni. Dopiero przez samym Lwowem mamy chwilę wytchnienia, lecz już samo miasto znowu wzmaga czujność kierującego. Na najwyższy poziom umiejętności bezpiecznej jazdy trzeba się wspiąć poruszając się po lwowskich ulicach na których są tory tramwajowe. Kostka wokół szyn zapadła się i sterczą one dobre 30 cm ponad kostkę. Trzeba bardzo ostrożnie prowadzić samochód, aby czasami nie urwać silnika i nie zgubić zawartości i pasażerów.

Po krótkim kluczeniu wśród jednokierunkowych uliczek docieramy do mieszkania Sióstr Sercanek na ulicy Piekarskiej. Mieszkanie jak mieszkanie, ale sąsiedzi…. raczej nieciekawi i za kołnierz, nawet we wtorek, nie wylewają. Tutaj następuje rozdzielenie naszej ekipy i damska część pozostaje na terenie kamienicy, a męska część zajmuje apartamenty w Domu Pielgrzyma u Franciszkanów. Jest na tyle wcześnie, że wybieramy się wspólnie na wieczorny spacer po Lwowie. A jest co oglądać (mamy poważne plany wycieczkowe na następny dzień), tym bardziej, że z powodu Dnia Wagarowicza nasze spotkanie w szkole zostało definitywnie odwołane.

Lwów – Żółkiew – Jarosław – Sandomierz - Poznań/Pniewy
Skoro świt około 9 wyruszamy na zwiedzanie miasta. Z konieczności ograniczymy się tylko do ścisłego centrum. Po blisko godzinnym spacerze przygotowawczym (trzeba zapakować samochód do wyjazdu i jeszcze dojść do centrum) i krążeniu wokół rynku udaje nam się kupić przewodnik po Lwowie. Na okładce pisze, że jest po polsku, ale to tylko spekulacje i mrzonki tłumaczki. Nie polecam tego dzieła w niebieskiej okładce, gdyż nawet teraz nie jestem jeszcze w stanie ogarnąć całości treści w nim zawartych, a ilekroć na niego spojrzę aż dusi mnie ze śmiechu. Już okładka (ostatnia strona) wzbudza zaciekawienie – „We Lwowie każdy może odczuć to niemalże fizyczne ciepło wewnętrzne, które wypromieniowują niby to chłodne ściany i bruk”. Pierwsza strona przynosi sensacyjne odkrycie, że „Lwów leży na etnicznych ziemiach ukraińskich i jest jednym z głównych węzłów nerwowych narodu ukraińskiego, najważniejszą komorą jego serca, wiecznym bodźcem do ambicji, honoru i pragnienia wolności”. Acha, to tak jak Wrocław jest starym piastowskim miastem, a Szczecin polskim oknem na świat od wielu wieków. Dalej w przewodniku co zdanie to perełka. Trzeba samemu doznać na własne oczy treści w nim zawartych, a ja wymienię tylko kilka (uwaga, proszę się skupić i nie śmiać zbyt głośno) – „ul. Ormiańska jest jedną z nielicznych ulic, przekazujących dawne czasy najwyraźniej”, „ul. Ruska jest zmuszona funkcjonować jako jedna z najważniejszych tętnic transportowych”, „ul. Halicka i Wałowa tworzą ważne skrzyżowanie, na którym niemalże trzyma się cały plan miasta”. I wreszcie moje dwie perełki – to o cmentarzu Łyczakowskim – „jego atmosfera, choć to i paradoks, niesie ze sobą odczucie życia”, no a tłumaczce „brakuje śmiałości, by nazwać to miejsce cmentarzem – tym zbiornikiem śmierci, który wywołuje strach”. Jeśli komuś mało tych rewelacji, wykwintnych epitetów i chciałby zrozumieć, o co chodziło autorowi w tej publikacji to siostra Anna lub ja udostępnimy to dzieło dla dalszych studiów.

Poza tym przewodnikiem Lwów to całkiem miłe miasto. Może trochę mało przyjazne dla turysty (spróbujcie kupić kartkę pocztową!), ale poza tym może być. Polskość wyziera zza każdego narożnika, czasami ma się wrażenie, że to Kraków lub Częstochowa, a nie bliska zagranica. Może i niektóre budynki są nieco zaniedbane, a niektóre zniszczone, ale i u nas można trafić na ruinę na szlaku turystycznym lub na kupę śmieci obok pięknego skweru. Z pewnością warto jest przyjechać do Lwowa i zagłębić się w to miasto. A czy będziemy zwiedzać tylko kościoły i cerkwie (jest co chodzić, jest ich prawie 200), czy pójdziemy po śladach wielkich Polaków, czy też po prostu chcemy pospacerować po mieście, z pewnością każdy znajdzie coś dla siebie.

Po prawie 4 godzinach wylądowaliśmy wreszcie na obiedzie w restauracyjce o swojsko brzmiącej nazwie „U Pani Stefy”. Wprawdzie pani Stefy nie było, bo miała wolne, ale za to inna pani obsłużyła nas wcale nie gorzej i po polsku. A jeszcze przy okazji najedliśmy się, ze ha (Agata nie dała rady potrawie i się poddała). Po takim obiedzie z trudem przemieściliśmy się do Srebrnego Szerszenia i już po chwili staliśmy pod bramą „zbiornika śmierci”, czyli Cmentarza Łyczakowskiego. Niestety, z powodu braku czasu nie doszliśmy do części wojskowej, do Orląt Lwowskich, ale nawet ten krótki spacer pomiędzy mogiłami sławnych Polaków i Ukraińców (Konopnicka, Grottger, Iwan Franko) pozwolił nam się nieco wyciszyć i zadumać.

Udało się nawiązać łączność z siostrą przełożoną w Żółkwi, gdzie miał być nasz następny przystanek. Wprawdzie miejscowość nie jest duża, ale udało mi się w niej dość skutecznie zabłądzić, a uliczka przy której rezydują siostry nie jest znana nawet miejscowym autochtonom. Siostry wyjechały więc nam naprzeciw i wreszcie trafiliśmy do siedziby Sióstr Dominikanek w Żółkwi – Ukraina.

Nieduży domek, praktycznie już na przedmieściach, żyje swoim własnym życiem. Siostry są tylko dwie i przez cały dzień bardzo zajęte. Pewnie dlatego mnóstwo osób im pomaga - co chwilę ktoś przychodzi, ktoś coś robi na podwórku. My zostaliśmy najpierw solidnie obwąchani przez futrzastego ochroniarza, berneńskiego psa pasterskiego. Niestety, prędzej jego buda zaszczeka, niż on kogoś odstraszy – jak pisał klasyk literatury młodzieżowej i dziecięcej, lwowianin zresztą, Kornel Makuszyński. No, ale przynajmniej posturę ma odpowiednią, choć to jeszcze niewyrośnięty podrostek. Zostaliśmy ugoszczeni, kto kawą, kto herbatą i już zaraz trzeba było iść do salki obok, gdzie czekały na nas przyszłe kandydatki na menedżerów hotelów. Okazało się, że nasza propozycja bardzo zainteresowała młodzież i ich rodziców, którzy skarżyli się, że z powodu bliskości Lwowa nikt do nich nigdy jeszcze z ofertą edukacyjną nie przyjeżdżał. Ponieważ były to dziewczyny z 8 klasy, być może w przyszłym roku grono uczniów szkoły Sióstr Urszulanek poszerzy się o Galicyjki spod Lwowa.

Salka katechetyczna została dobudowana do ślepej ściany domku. Jest ze wszystkich stron przeszklona i z pewnością latem kwiaty i krzewy zaglądają do książek i zeszytów uczniów. Mimo obecności oficjalnej tablicy, ławek i innych atrybutów szkolnych, atmosfera panuje domowa. Pełno wszędzie książek, kwiatów, zabawek, makatek i innych fintykluszków. I chociaż spieszyliśmy się na przejście graniczne to jednak zostaliśmy na kolacji, którą trudno było nazwać skromną.

Wbrew zapowiedziom granica nas rozczarowała – staliśmy tylko 1,5 godziny i to tylko dlatego, że jeden facet zdenerwował celniczkę. Jeszcze tylko kontrola paszportowa i wreszcie swojski, równy asfalt. Kilkadziesiąt kilometrów do Jarosławia minęło błyskawicznie. Tutaj ponownie powitały nas siostry urszulanki i opactwo pobenedyktyńskie. Rano zrobiliśmy jeszcze krótką wycieczkę po terenie opactwa, zwiedzając min. wystawę trofeów myśliwskich przywiezionych z Afryki przez miejscowych myśliwych i znowu do samochodu, a następnym przystankiem miał być Sandomierz.

Niestety, ojciec Mateusz wyjechał z Sandomierza na chwilę, więc na rynku go nie spotkaliśmy, ani również aspiranta Nocunia w swoim samochodzie. Krótki spacer po pięknym miasteczku i już wyruszamy bezpośrednio do Poznania. Na parkingu w Sandomierzu jednak dosięgła nas klątwa ukraińskiego paliwa i Srebrny Szerszeń zaczął lekko szwankować. Trochę mu pomogło zatankowanie swojskiego, orlenowskiego „dizelka”, co wystarczyło na szczęśliwe wjechanie w bramę szkoły przy ul. Ledóchowskiej 2. Tutaj pojazd ostatecznie odmówił współpracy i zaczął domagać się oczyszczenia filtra paliwa, spuszczenia trefnego paliwa ze zbiornika oraz ogólnego czyszczenia układu zasilania. Natomiast nasi podróżnicy udali się wreszcie na spoczynek po przejechaniu ponad 2500 km, szczęśliwi, że następnego dnia mogą pójść na lekcje chociaż raz oficjalnie nieprzygotowani. 
MB